
Kolec niejeden (a właściwie to jeden) skok na bungee ma już za sobą, więc ani śladu tremy, nie trzęsie się ani z wrażenia, ani z ekscytacji, oddycha równo i miarowo, a charakterystyczny, zdystansowany półuśmiech uświadamia nam, że mamy do czynienia z człowiekiem odpornym na kolorowy zawrót głowy.
Miastoja: Co cię potrafi zakręcić tak, że odczuwasz nieodpartą pokusę tworzenia?
Kolec: Scenariusze na komiksy nachodzą mnie nieoczekiwanie, często w żenujących w retrospekcji momentach, dajmy na to przy menelskiej ławeczce albo w łazience. Nie myślę wtedy nawet nad żadną historią, bo wyleczyłem się z tego, kiedy skapowałem się, że zamiast słuchać ludzi, wymyślałem dialogi do kolejnych komiksów. Komiksy okazywały się później beznadziejne, znajomi obrażeni, więc trzeba było przestać. Tak więc, wyjaśniając zdanie pierwsze, menelska ławeczka to niewyczerpywalne źródło inspiracji. Kto oglądał Ranczo, ten wie. Akurat kursowałem na tradycyjnej trasie szkoła-sklep-dom, byłem na odcinku pierwszym, przedsklepowym, a przy sklepie w Polsce wiadomo, kogo się zwykle spotyka. No i ten menel palnął, nie wiem niestety, w jakim kontekście, bo pewnie akurat dokonywałem wyboru w stylu „cola czy pepsi”, bardzo przewrotne zdanie: „A jednak się kręci.”. Jakoś mi się sentencja zakodowała i stała się trzonem historii „Krytyka”, którą do mojego scenariusza narysował Michał Dzitkowski (znany m.in. z netkomiksu Bossi&Bosso), dodałem szarości, wysłaliśmy rzecz do komiksowego magazynu Ziniol i właśnie w grudniu ukazuje się ów magazyn, a w nim nasza historia o... No chyba nie mogę powiedzieć. Ale zdradzę, że występują dwie teściowo wyglądające kobiety i jeden pantoflarz, którego ulubionym zdaniem w dyskusji jest „Niby tak...”. Generalnie moją wielką inspiracją jest polska muzyka rockowa z lat 80. Może właśnie na fali tych piosenek powstał komiks „Kornik komornik idzie na odwyk”, który ma w lekkiej swej i sympatycznej formie ukazać autodestrukcyjność systemu. Historię, którą stworzyłem z Bartkiem Kuczyńskim, można przeczytać w katalogu XX Międzynarodowego Festiwalu Komiksowego (MFK) w Łodzi. Mogę powiedzieć, że muzyka jest moim głównym źródłem inspiracji, ale czerpać z książek i filmów też mi się zdarzyło. Po lekturze „Chrystusa miasta” Tuwima napisałem „Chrystusa weselnego”, który czeka na realizację na czas pomaturalny. Ogromne wrażenie wywarł na mnie także Hessowski „Wilk stepowy” i już, już miałem coś pisać... ale chyba muszę to przeczytać jeszcze raz. Bardzo lubię Stuhra, więc po przeczytaniu wywiadu-rzeki (bardziej niż Stuhra lubię tylko wywiady ze Stuhrem) zacząłem robić komiks, który zaczynał się od cytatu ze „Spisu cudzołożnic”. Jest on w filmie odpowiednio wyeksponowany, więc gdybyście oglądali tę produkcję, to na pewno wyłapiecie. Jeśli chodzi o film, a właściwie serial, to zainspirował mnie pewnego razu dość marny australijski serial o ekipie filmowej, która musi kręcić śluby, bo ich szef ma traumę po poprzedniej produkcji „Oh no, Bonzo!”. A może nie miał traumy, tylko kasy...? No, ale zaintrygował mnie sam tytuł, kojarzył mi się jakoś cmentarnie, zagadkowo... Niedługo potem rozpisałem historię o człowieku, który zaprasza znajomych na własny pogrzeb. Paru z nich poprosił o przemowy, każdy poproszony znał go z innej strony, są retrospekcje, a na koniec okazuje się, że te historie ludzi, którzy się nie znali, mimo wszystko się przeplatają, bo „taki ten świat mały”. Na dodatek na drugim planie ma miejsce zbrodnia i sprawcą jest jeden z przemawiających. Takie tam banały, kiedyś umiałem je ładniej zaprezentować, więc pewnie nie brzmi to jak coś obiecującego. Co się tyczy wymyślania komiksów w toalecie, odsyłam do lektury komiksu „Zostawiając powidok wibrującej czerni” Daniela
Chmielewskiego. Przeczytacie, zrozumiecie. Sztuka bywa gówniana.

M: A w świecie pozakomiksowym znajdujesz rzeczy godne uwagi czy nawet ekscytacji?
K: Rzeczy, oprócz komiksów, które mnie wciągają. Hm. Z czasów podstawówkowo-gimnazjalnych została mi sympatia do koszykówki, więc w sumie często chodzimy ze znajomymi porzucać. Na tych wakacjach grając w kosza rozwaliłem sobie kolano i przez to musiałem sporą ich część przesiedzieć w domu, co znowu zaprowadziło mnie nad biurko - robiłem komiksy zamiast korzystać z pogody. Miałem już tak między pierwszą a drugą klasą LO, kiedy pracowaliśmy z Anią Miśkiewicz nad „Ser-cem”, komiksem medycznym wydanym we wrześniu 2008. Lubię też łowić ryby i oglądać ligę angielską, ale nie powiedziałbym, że mnie to wyłącza ze świata. Ostatnio magiczną sprawą wydał mi się teatr, więc pewnie na studiach będę co jakiś czas chodził na przedstawienia, a póki co nie mogę powiedzieć, żebym był wybitnie zakręcony na tym punkcie. Możliwe, że na to rozwijające się zainteresowanie wpłynęła moja pazerność na czytanie wywiadów z aktorami, gdzie często przywołują swoje teatralne wspomnienia. Aktualnie czekam na zapowiadaną książkę Pszoniaka, który kupił mnie całkowicie tekstem skierowanym do komisji rekrutującej na PWST: „Niech się wam kurwa nie zdaje, że nie będę aktorem!”. Ot, fajne motto.
M: Tak sobie lecimy w dół a ty niezmiennie spokojny i opanowany, czy jest coś co cię tak naprawdę irytuje, wkurza, złości?
K: To, co mnie irytuje, jest zmienne - nie chodzi o to, że pojawiają się coraz to nowe bodźce, ale po
prostu niektóre sprawy bawią mnie w poniedziałek, a już we wtorek wkurzają. Jeżeli coś mnie
denerwuje regularnie, są to pewne stałe zwroty powtarzane zupełnie bez sensu. Biorę herbatę i
słyszę „zaraz wylejesz”, kroję chleb - „utniesz sobie palca”, w końcu zasiadam przy stole z gotową
kolacją żeby usłyszeć „tylko nie nakrusz”. Jejku, to na pewno brzmi strasznie głupio. Nie lubię też,
kiedy ludzie rzucają przysłowiami, szczególnie „co wolno wojewodzie...”, bo słyszę je, ilekroć nie
zgadzam się z poglądami nauczycieli i manifestuję to na forum domowym. Drażni mnie też
przewidywalność, tzn. często jestem w stanie wyprorokować daną kwestię/reakcję znajomego, co
zabija element zaskoczenia i okazuję się być z zewnątrz człowiekiem dość flegmatycznym i
pozbawionym logicznej mimiki. To też zdaje się wpływać na pewną oporność w relacjach z ludźmi.
M: A czy publicznie wytrąciło cię coś lub ktoś z równowagi? Czy ta kolcowa oaza spokoju może zadrżeć z wściekłości publicznie? Czy raczej Kolec jest odporny na prowokacje?
K: Nie znoszę, kiedy nauczyciele zaczynają przy całej klasie snuć dygresje na temat mojej rodziny. Staram się reagować w miarę nijako (parę razy się nie udało), skończyć temat i nie dać po sobie
poznać, jak bardzo irytuje mnie to, co mówią. Bo według mnie jest to przekroczenie pewnej bariery kultury, o którą w końcu sami tak zabiegają (tu pewnie wracamy do „co wolno wojewodzie...”).Zdarza mi się też manifestować złość, kiedy zaczynam dyskusję z osobą, która nie umie argumentować swojego stanowiska, ale broni go za wszelką cenę lub wręcz przemilcza sprawę i nie zmienia niczego w przyszłości. Nie będę podawać przykładów, ale to chyba najbardziej stresogenna dla mnie sytuacja, taka rozmowa właśnie. Wściekam się też, kiedy ktoś wpada do mojego pokoju
bez pukania, na co ja podskakuję na krześle, na co moja ręka robi ruch bliżej nieokreślony, na co mój cienkopis skreśla, dajmy na to, pół właśnie rysowanej postaci. Przeważnie szybko godzę się z
losem, bo zwykle i tak poprawiam plansze na komputerze. Czasem też nie lubię, kiedy ktoś grzebie mi w rzeczach na biurku.

M: Wizja zirytowanego Kolca jest poza zasięgiem naszej wyobraźni, ale budzi lekki niepokój. Ustabilizujmy lot i opowiedz o pracowni swoich marzeń.
K: Moja komiksiarska „pracownia” składa się z dwóch części, w obu przypadkach podstawą jest biurko. Na jednym z nich stoją pudełka z kartkami, własnoręcznie ulepione w Bieszczadach „takie coś” na przybory (cienkopisy, tusze, pędzelki etc), trochę zeszytów i akwarium. No i kurz, dodałaby mama. Na drugim biurku mam komputer, przy nim skaner, tablet i drukarkę, czyli wszystko, czego potrzebuję w ostatniej fazie przygotowania plansz. Aha, jeszcze niezbędne są głośniki, praktycznie zawsze rysując słucham muzyki. Przez to mam głowę zaśmieconą różnymi tekstami, na szczęście z zagranicznych piosenek przeważnie mało co rozumiem, więc je zapamiętuję słabo. Pracownia marzeń? Biurko pod kątem, przy ścianie, na której miałbym przypięte projekty postaci. Do biurka przyczepiona lampka jak z pixarowskich czołówek, taka „złamana” w paru miejscach. Okno po lewej, żeby prawa ręka nie rzucała cienia na rysunek. Przy oknie duży drewniany parapet z poduszkami, czyli fajne miejsce do czytania książek. Oprócz tego obowiązkowo wieża, kanapa, regał na zarysowane kartki i... pies.
M: Pies? Pies najlepszym przyjacielem Kolca? Jakaś wymarzona rasa?
K: Pies... byle nie chichuaua ani żaden z takich brzydali typu bokser. Najlepiej jakiś średnio duży,
reszta obojętna. Każdemu psu dobrze z oczu patrzy.
M: Pracownia z psem musi być gdzieś lokowana. Gdzie wybudowałbyś dom swoich marzeń?
K: Kiedyś marzyłem o bloku w Rzeszowie, potem o bloku w Warszawie, ale jednak przypuszczałem, że i tak zostanę w Jarosławiu. Teraz przypuszczam, że jednak nie zostanę. Tak naprawdę nie mam wymarzonego miejsca do zamieszkania, ale chciałbym mieć taki wypadowy domek w Bieszczadach, to naprawdę świetne miejsce. Domek zwykły, nieduży, byle by nie był wybudowany jak te wszystkie nowoczesne (zupełnie nijakie) kostki. Kiedy jechaliśmy z babcią do Krakowa, ciągle się skarżyła: „Pobudowali się ludzie, ale jakie paskudne mają te domy. Paskudne, wszystko takie samo. A to są stacje benzynowe? To duże. Tak? Piękne te stacje porobili! O, następna!”. Dlatego chciałbym mieć ten domek mały, ale charakterem. Bieszczady to superowe miejsce na odpoczynek, popularne w naszym rejonie, ale jednak dużo spokojniejsze niż Tatry i cała reszta. Bardzo lubię tamtejsze galerie, może dlatego, że czas sukcesywnie je omija.

M: Często współpracujesz z różnymi osobami przy swoich komiksach. Z kim najczęściej i najfajniej?
K: Najwięcej rzeczy naprodukowałem z Robertem Wyrzykowskim, z którym poznałem się na upadłym już forum Usagiego Yojimbo. Tak, jesteśmy tak starzy, że pamiętamy fora, które już nie działają. Na początku zaczęliśmy robić paski na internetowe konkursy, ale to nic, czym można by się chwalić. Potem współpraca się rozwijała, rok zajęło nam dogrywanie się i po tym właśnie roku wystartowaliśmy w konkursie MFK na krótką formę, dostaliśmy się do katalogu, dwa miesiące później za komiks pt. „Boss”otrzymaliśmy wyróżnienie na konkursie ekonomicznym FOR Leszka Balcerowicza, potem zaczęło się podsyłanie prac do komiksowych magazynów... Komiksy na MFK robiłem także z Michałem Rzecznikiem („Bajka o Iwanie”), w/w Bartkiem Kuczyńskim i moją siostrą Magdą („Jeden dzień z życia Antona Iwanowicza”). Oprócz tego, z Anią Miśkiewicz narysowaliśmy „Ser-ce”, 32-stronicowy komiks medyczny, z Michałem Dzitkowskim w/w „Krytykę”, z Danielem Gizickim stworzyliśmy „Guzikogenezę”. Zacząłem także rysować historię „Zamek do wynajęcia” do scenariusza Wojciecha Birka, który nie tak dawno za swoje komiksowe działania otrzymał odznaczenie Zasłużony Dla Kultury Polskiej. Pracę nad tym komiksem przerwałem, by oddać się produkowaniu serii Kapitan Sheer, którą robię częściowo z Robertem.
M: A rozrywka: zdrowa i tania czy bardziej wyrafinowana? Może kino?
K: Jak wspomniałem, lubię Jerzego Stuhra i w sumie widziałem większość filmów z jego udziałem. Najlepiej oglądało mi się „Duże zwierzę”, gdzie gra też Anna Dymna i pewien... wielbłąd. Film jednak nie byłby szczególny, gdyby w tle nie przewijało się ciągle społeczeństwo małego polskiego miasteczka, które jest równorzędnie ważną postacią, jak główni bohaterowie. Poza tym kolega zaraził mnie „Rozmowami przy wycinaniu lasu” Stanisława Tyma. Takiej kondensacji złotych myśli nie znalazłem jeszcze nigdzie indziej i jeśli się człowiek dobrze nastawi, to wyniesie z tej
produkcji bardzo wiele. Skoro już przy „Rozmowach...” jesteśmy, polecam oglądanie Teatru Telewizji, bo trafiają się tam naprawdę dobre rzeczy. Wracając do Stuhra, ujmuje mnie także „Pogoda na jutro”, jako że ostatnio zacząłem się trochę interesować przemianami końca lat 80
(polecam też piosenkę z filmu). „Dzień świra” widziałem z 5-6 razy, „Nocne graffiti” 3 razy, ale tych filmów raczej nie trzeba przedstawiać. Odpowiedź zakończę cytatem „Wodzireja” „Dziękuję bardzo! ...masz ser.”
M: A podobno masz słabość do piwa Warszawiak - czym to jest spowodowane?
K: Jest takie miejsce w Warszawie, Kawangarda, tam często umawiają się komiksiarze. Właściciele serwują piwo z konstancińskiego browaru, gra przyjemna muzyka, można poczytać za darmo trochę komiksów i posiedzieć przy dużym oknie. Warszawiak kojarzy mi się więc ze spotkaniami ze znajomymi. Co do samej Warszawy - chciałbym kiedyś odwiedzić stolicę na dłużej w lecie, bo przeważnie bywam tam w marcu i październiku, kiedy akurat pogoda nie sprzyja zwiedzaniu. Fajnie leży się na balkonie w centrum stolicy, niestety miałem na to tylko jeden dzień w tym roku.
M: A jeśli nie ma cię w Kawangardzie, tylko pracujesz lub wypoczywasz w swoim Jarosławiu to co popijasz wtedy? Herbatkę?
K: Na co dzień zwykła czarna z 1 i 1/3 łyżeczki cukru, czasem z sokiem, od święta – sypana o smaku cream orange (tu przypinam znak jakości kolca). Spróbujcie, jak będziecie mieli okazję, na przykład w krakowskich pizzeriach. Póki co nie zamierzam jej zamieniać na kawę, do której mam niewytłumaczalną niechęć. Niby pobudza, ale od kiedy kolega opowiedział mi, że skosztował kawy, po czym dostał minutowej minipadaczki i dalej był senny, nie daję temu zbytniej wiary. Zresztą, to nawet nie jest smaczne...
M: Lądujemy! Dzięki za wspólny (opanowany) lot i miłą pogawędkę. Do zobaczenia w mieście.